Skin care #nowości #poranna #wieczorna #rutyna

Od dwóch miesięcy mamy Nowy Rok, a to okres zmian, postanowień i planów.  Dlaczego by nie postarać się w tym roku o jeszcze lepszą ...


Od dwóch miesięcy mamy Nowy Rok, a to okres zmian, postanowień i planów. 
Dlaczego by nie postarać się w tym roku o jeszcze lepszą cerę? 
Ja już poczyniłam pierwsze kroki na drodze ku pięknej, promiennej i zdrowej skórze.
A Ty? :)

Od czego zaczęłam? Wyszło zupełnie przypadkowo. Mniej więcej w połowie grudnia skończyły mi się podstawowe kosmetyki do makijażu: krem BB, maskara, rozświetlacz i pomada do brwi. Nawet nie wiem kiedy! W normalnych okolicznościach już dawno kupiłabym kolejne sztuki, zanim skończyłyby się bieżące, jednakże okres przedświąteczny, to nie jest normalny okres w roku. Dodaj do tego ograniczone fundusze, ponieważ studiujesz. Wtedy stwierdziłam, że może to jakiś znak, że warto sobie zrobić przerwę i dać skórze odpocząć od makijażu. W ten sposób od półtora miesiąca się nie maluję i powiem Wam, że w sumie dobrze mi z tym. Wstając na uczelnię śpię te 10-15 minut dłużej, wieczorem nie muszę poświęcać tyle czasu na dokładny demakijaż, a jak odpadłam przy zakuwaniu do kolejnego kolokwium, nie miałam wyrzutów sumienia, że usnęłam w makijażu. Same plusy!

Stwierdziłam, że na razie odłożę zakupy makijażowe i zobaczymy, co z tego będzie. Przygotowałam sobie nowy schemat pielęgnacji, który wcieliłam w życie. Skupiam się na oczyszczaniu, rozjaśnianiu i złuszczaniu. Moja cera była dosyć mocno zanieczyszczona, począwszy od zaskórników i wągrów, wzmożonego przetłuszczania się strefy T i częstszych niż zwykle wyprysków. Mam też problem z drobnymi grudkami na czole oraz bliznami po mechanicznym oczyszczaniu twarzy, z którymi borykam się już dłuższy czas.

Nie tylko kosmetyki kolorowe sięgnęły denka, ale też te do pielęgnacji twarzy: oleje, żel oczyszczający, tonik, krem pod oczy, czy peeling, zarówno enzymatyczny, jak i korund. W ciągu ostatnich kilku tygodni powoli kompletowałam swoją nową kosmetyczkę. Jak zawsze, wybrałam kosmetyki naturalne, organiczne i nietestowane na zwierzętach.

Schemat pielęgnacji skóry (okres zimowy)

RANO

1. Dokładne oczyszczenie skóry



Obecnie stosuję arnikowe mleczko oczyszczające od Sylveco. Zawiera delikatne substancje myjące, bez sls-ów, czy innych agresywnych detergentów. Nie zawiera sztucznych substancji zapachowych. Moja cera jest normalna z tendencją do przetłuszczania w strefie T, ale mleczko idealnie sprawdzi się u osób ze skórą wrażliwą, suchą, a nawet atopową. Łagodzi podrażnienia, nie ściąga skóry, ale dobrze oczyszcza. Skóra jest uspokojona i nawilżona.





2. Tonizowanie

W okresie letnim zazwyczaj używam wody termalnej. Jest lekka, orzeźwiająca i świetnie się sprawdza w odświeżaniu cery w ciągu dnia, gdy za oknem panują upały. Jednak zimą stawiam na coś bardziej "treściwego", o ile można użyć tego terminu w odniesieniu do toników. Jestem właśnie w trakcie testów toniku ziołowego od Fitomed. Na razie nie mogę powiedzieć nic więcej na jego temat, oprócz tego, że ma przyjemny ziołowy zapach. Nie znajdziemy tam żadnych sztucznych substancji zapachowych, co dla mnie jest dodatkowym, bardzo dużym plusem!
Nie używam toników w tradycyjny sposób. Nie przecieram nimi skóry za pomocą wacika, ponieważ: po pierwsze, mam wrażenie, że marnuję kosmetyk, a po drugie, nie widzę za bardzo jego działania. I to dotyczy wszystkich toników. Gdyby mój obecny tonik miał atomizer (co byłoby ogromnym, plusem!), używałabym go jak mgiełki. Niestety atomizera brak, dlatego wylewam odrobinę kosmetyku w zagłębienie dłoni, po czym wklepuję go w skórę.







3. Krem pod oczy
Krem pod oczy, którego obecnie używam również pochodzi z firmy Fitomed-jest to odżywczy krem pod oczy z luteiną. Na moje oko (xD), krem idealnie sprawdzi się jesienią, zimą i wczesną wiosną. Wskazuje na to głównie jego konsystencja, która jest bogata i gęsta-z powodzeniem mogę ją przyrównać do musu.. Ponownie nie mogę zdradzić więcej na jego temat, ponieważ stosuję go dopiero od kilku dni, ale spodziewajcie się recenzji!

4. Nawilżanie

Dobry krem nawilżający, to podstawa w zimnych miesiącach. U mnie w tej roli idealnie sprawdza się śliwkowe serum nawilżające od Apis Natural Cosmetics . Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie słyszałam o tej firmie. To błąd! Jest to nasza rodzima firma będąca na rynku od 1988 roku. Ich filozofią jest pielęgnacja twarzy i ciała zgodna z naturą, dlatego przebierając w szerokim wachlarzu oferowanych produktów możemy mieć pewność, że to, co zaserwujemy naszej skórze, będzie dla niej dobre!
A co do samego serum, to przy mojej cerze normalnej w kierunku mieszanej, ze strefą T zdolną do zapychania, kosmetyk sprawdza się fenomenalnie. Jak dla mnie nie jest to typowe serum, a raczej lekki, ale trochę bardziej bogaty w odpowiednie składniki krem nawilżający o lekkiej konsystencji. Producent mówi, że produkt jest skierowany do osób z cerą normalną i suchą. Ja się z tym w 100% zgadzam. Jednak cera ekstremalnie sucha będzie musiała na serum nakładać jeszcze jeden kosmetyk, najlepiej cięższy krem nawilżający, ewentualnie olej (tekst na temat doboru oleju do typu skóry znajdziecie tutaj). Osoby z cerą tłustą nie muszą się martwić zapychaniem-to Wam raczej nie grozi :). Nie w okresie zimowym. Wiosną i latem jednak bym uważała, ponieważ gliceryna roślinna jest dosyć wysoko w składzie-przy wysokich temperaturach zapychanie staje się realnym zagrożeniem. Co do samego działania, wg producenta krem ma za zadanie odżywiać i nawilżać, przywracać skórze witalność. Nawilżanie potwierdzam w 100%. Nie sądzę jednak, by krem mógł odżywiać. Od tego są maseczki, sera, ampułki i koncentraty. Nie mniej, produkt wart jest dużej uwagi. Dodatkowo, zawiera witaminę C, która rozjaśnia przebarwienia i ujednolica koloryt cery. Oprócz tego, wzmacnia naczynia krwionośne, co świetnie sprawdzi się u osób z cerą naczyniową. Ja niestety nie wypowiem się na ten temat, ponieważ oprócz tego produktu, wieczorem używam serum z 2% zawartością witaminy C i retinolem. Ale o tym potem :). Jeszcze jedną rzeczą, o której warto wspomnieć, jest zapach. Totalnie nie wiem, do czego go porównać. Znam ten zapach, ale zupełnie nie mogę skojarzyć, co tak pachniało. Jest słodki, ale nie mdlący-cudownie nastraja do działania. Pojemność jest olbrzymia. Za 100 ml kosmetyku zapłacimy tylko 43 zł. Stosunek cena/jakość jest naprawdę zachęcająca. Po tym kroku (który jest ostatnim krokiem w mojej porannej pielęgnacji), jestem zwarta i gotowa do rozpoczęcia kolejnego dnia.


WIECZÓR

1. Demakijaż/oczyszczanie

Oczywiście 2 etapowe. Odkąd przestałam się malować, demakijaż zajmuje mi odrobinę mniej czasu. Nie muszę skupiać się na zmyciu maskary, czy cieni do powiek. Wciąż jednak przykładam do niego dużo uwagi. Ten krok zaczerpnęłam z pielęgnacji koreańskiej. W pierwszej kolejności, w ruch idzie oczyszczanie olejem. Wg mnie jest to bardzo ważny element. Odpowiednie przygotowanie gruntu pod kosmetyki jest równie ważne, jak same kosmetyki. Olejek myjący, który obecnie stosuję, to macerat z nagietka ze sklepu www.zrobsobiekrem.pl. Jest okej, ale o wiele lepiej sprawdzał się u mnie olej jojoba. W tym kroku wykonuję również delikatny, kilkuminutowy masaż twarzy.
Następnie czas na kosmetyk łączony z wodą. Tak samo jak rano, jest to arnikowe mleczko Sylveco. Ze względu na mój minimalizm, nie kupuję dwóch kosmetyków tego samego rodzaju. Mleczko świetnie radzi sobie z olejkiem, wszystko zmywa, dlatego nie ma sensu kupować bardziej agresywnego produktu. Jeśli jednak danego dnia nosiłam makijaż, przed olejkiem używam płynu micelarnego do demakijażu oczu. Najczęściej jest to lipowy micel od Sylveco, o którym mówię tutaj chyba od początku bloga. Jest najlepszy ze wszystkich, jakie testowałam, a w dodatku ma cudowny, naturalny skład.

2. Peeling

U mnie znajdują zastosowanie zarówno te mechaniczne, jak i enzymatyczne/chemiczne. Drobnoziarniste stosuję raz w tygodniu, przed maseczką oczyszczającą/ściągającą pory. Są dobrym wyborem dla cery normalnej, suchej, czy tłustej. W formie peelingu drobnoziarnistego, u mnie dobrze sprawdzał się puder myjący z białą glinką i owsem od Make me bio z tego wpisu. Kiedy kosmetyk osiągnął denko, zdecydowałam się na przetestowanie peelingu z witaminą C od Mincer Pharma. Jest dosyć ciekawy. Po wyciśnięciu odrobiny kosmetyku na dłoń, wydaje się, że jest to zwykły krem-nie ma żadnych drobinek. Dopiero przy masowaniu twarzy zaczynają być wyczuwalne grudki peelingujące. Nie spotkałam się z czymś takim jeszcze. Jest bardzo delikatny. Mam wrażenie, że delikatnie rozjaśnia. Polecam ten produkt. Jest łato dostępny, bo w każdym Rossmannie go dorwiecie.
Raz na kilka tygodni decyduję się na coś trochę mocniejszego. Kiedyś zdarzało mi się chodzić na zabieg mikrodermabrazji w salonie kosmetycznym. Regularne wykonywanie go oczyszcza pory, spłyca blizny i poprawia ogólną kondycję skóry. Obecnie jednak nie mam na to czasu, ani pieniędzy, dlatego muszę sobie radzić w domu. Z pomocą przychodzi kolejny kosmetyk od Apis, a mianowicie peeling dotleniający efekt mikrodermabrazji. Jeśli byliście na tym zabiegu przynajmniej raz, to wiecie, że to totalnie hardcore'owe złuszczanie. Najczęściej jest do tego wykorzystywany korund, ale zdarza się też mikrodermabrazja diamentowa, gdzie strukturą ścierną jest właśnie diament. Więc ogólnie twarde sztuki. I bardzo drobne. Ten peeling jest podobny, chociaż nie zawiera w swoim składzie korundu ani diamentu. Jest polecany do cery poszarzałej, zmęczonej, pozbawionej energii i blasku-czyli wszystko to, co nas dotyka zimą. Nie polecam do cery wrażliwej. Przy każdej innej sprawdzi się fenomenalnie. Ale naprawdę, nie przesadzajcie z pocieraniem-wystarczy delikatnie masować. Drobinki złuszczające są na tyle twarde, że peelingują skórę same. Osobiście, przed zabiegiem lubię zrobić sobie parówkę, do której dodaję kilka kropel olejku z drzewa herbacianego. Przez 5-7 minut pochylam się nad miską z wrzątkiem. Dodatkowo nakrywam głowę ręcznikiem na tyle szczelnie, by para (i temperatura) nie uciekała. Następnie wykonuję peeling. Peelinguję skórę przez około 10 minut, bardzo delikatnymi, kolistymi ruchami. Nie używam do tego siły, bo drobinki są naprawdę twarde. Skład kosmetyku (jak wszystkie inne tej marki) jest bardzo dobry. Oparty jest na skałach wulkanicznych i enzymie z papai-papainie. Przed złuszczaniem mechanicznym dobrze jest pozostawić go na skórze na kilka minut. Papaina rozpulchni i rozpuści odrobinę nasz naskórek, dzięki czemu efekt złuszczenia i wygładzenia będzie bardziej widoczny. Cena kosmetyku to 35 zł za 200 ml.
Peeling mechaniczny jest zakazany, jeśli macie aktywne stany zapalne! 
Peelingi enzymatyczne nie sprawiają takiego problemu, dlatego można je spokojnie stosować przy cerze z aktywnymi zmianami trądzikowymi, ponieważ używa się go jak maseczki. Zero pocierania. Również dla wyjątkowych wrażliwców jest to strzał w dziesiątkę, ponieważ działają o wiele delikatniej, niż mechaniczne zdzieraki-enzymy w nich zawarte wnikają w skórę i "rozpuszczają" wiązania między komórkami martwego naskórka, a tymi nowszymi, które chcemy odsłonić. Peelingi enzymatyczne również rozjaśniają delikatne plamy pigmentacyjne i nadają zdrowy koloryt skórze. Stosuję je dwa razy w tygodniu. Moim hitem jest peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych ze strony e-naturalne.pl.


3. Maseczka

Wykonuję ją po każdym peelingu, czyli około 3 razy w tygodniu. Za każdym razem stosuję inną maseczkę, w zależności od tego, czego moja skóra w danym momencie potrzebuje. Gdy widzę, że brakuje jej blasku lub jest zanieczyszczona, wykonuję oczyszczającą maseczkę, zazwyczaj na bazie glinki. Ostatnio moją ulubioną jest maseczka z białej glinki z firmy Zielone Laboratorium. Jest FENOMENALNA! Oprócz oczyszczających właściwości białej glinki, w składzie posiada wodę miętową i olejek rozmarynowy, dzięki czemu po zmyciu maseczki nasze pory są praktycznie niewidoczne. Nie dość, że oczyszcza, to jeszcze ściąga pory. Ideał!
Kiedy skóra jest podrażniona, czy przesuszona, nakładam na całą noc śliwkową maseczkę nawilżającą od Apis, chociaż zaleceniem producenta jest zmycie jej po 15 minutach. Kolejnego dnia skóra jest bardzo mocno nawilżona (ale nie tłusta), zrelaksowana i ukojona. Uwielbiam ten stan, zwłaszcza zimą, gdy łatwo o podrażnienia i zaczerwienienia. Skład maseczki jest wzorowy-same dobroczynne substancje, które nie szkodzą naszej cerze. Jednak nie polecę jej dla skóry tłustej i mieszanej w kierunku tłustej. Może być zbyt ciężka. Wszystkie inne typy będą zachwycone! Konsystencja maseczki jest w sam raz-nie za gęsta i nie za rzadka. Myślę, że z powodzeniem mogę ją przyrównać do konsystencji bardzo treściwego, odżywczego kremu. Bardzo przyjemnie się rozprowadza, nie smuży, przez co możemy rozprowadzić kosmetyk równomiernie. Jeśli używam tej maski, nic więcej na twarz już nie nakładam-wówczas to mój ostatni krok.
Jeśli poszukujecie maseczki złuszczającej, to po prostu MUSICIE przetestować peeling z 30% witaminą C. Konsystencja jest świetna-jeśli używacie silikonowych baz pod makijaż, to wiecie o czym mówię. Jest ona aksamitna i piekielnie łatwo się rozprowadza na skórze. Na twarzy kosmetyk trzymamy NIE DŁUŻEJ, niż 15 minut. Zwłaszcza, jeśli nie miałyście styczności z produktami z witaminą C. Już po pierwszym użyciu widać efekty. Cera jest rozjaśniona i taka...rozpromieniona. Zastrzyk energii idealny dla cery zmęczonej i poszarzałej.
Jestem pewna, że słyszałyście o azjatyckiej, czarnej maseczce za zaskórniki (wągry) PILA'TEN. Długo się nad nią zastanawiałam, bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, że ona naprawdę tak perfekcyjnie działa. W końcu się zdecydowałam, lecz zanim kupiłam pełnowymiarowe opakowanie, zainwestowałam w 2 próbki po 6 ml. Następnie kupiłam pełnowymiarowe opakowanie o pojemności 60 ml i powiem tak. Nigdy z niej nie zrezygnuję. Mój nos był wiecznie upstrzony czarnymi kropeczkami. Gdy chciałam się ich pozbyć, paznokciami robiłam sobie blizny, przez co wyglądałam, jak ofiara wypadku. Mogłam zapomnieć o idealnie gładkiej skórze, ponieważ widząc tych trucicieli życia, nie umiałam się powstrzymać i wiecznie je wyduszałam. I tak non stop. Dzięki tej masce, moja skóra jest w stanie się zregenerować, a zaskórniki są usuwane bezboleśnie i bez śladów. TAK. BEZBOLEŚNIE. Nie umiem pojąć tych łez wielu dziewczyn, przy ściąganiu produktu z twarzy. Owszem, wyrywa drobne włoski, ale to nie jest ból nie do wytrzymania. Chociaż wiem, że każdy inaczej odbiera te same bodźce. W każdym razie, mnie nie boli zrywanie maseczki z twarzy. Mało tego (wiem, że to obrzydliwe-wybaczcie :D), to dziwnie satysfakcjonujące, że oglądając maseczkę po zdjęciu z twarzy, można zobaczyć mnóstwo wyciągniętych zaskórników. Serio, szczerze polecam!

4. Tonizowanie

Stosuję ten sam tonik, którego używam rano, ale w formie maseczki tonikowej (klik!), którą pozostawiam na około 2-3 minuty. Dzięki temu, dajemy kosmetykowi szansę wniknąć w skórę i ją pielęgnować. Skompresowane maseczki z celulozy kupicie w Hebe. Wyglądają one jak małe tabletki pakowane po 12 sztuk, ale po dodaniu wody otwiera się ona i wyglądem przypomina popularne maseczki w płachcie. Nasączam maseczkę tonikiem, nakładam na buzię i zostawiam na około 5 minut. Rano niestety nie ma na to czasu, ale wieczorem pozwalam sobie na taki krótki relaks i poświęcam skórze trochę więcej uwagi. Czasami, zamiast toniku z Fitomed, w formie maseczki stosuję zwykły hydrolat kwiatowy, najczęściej hydrolat neroli, z róży damesceńskiej, czystka, czy oczaru wirginijskiego. Zależy od stanu skóry oraz tego, co akurat mam na stanie.

5. Serum/ampułka/koncentrat

Kosmetyk silnie skoncentrowany na jedną dolegliwość nakładam tylko wieczorem, nigdy rano. Cały organizm w nocy regeneruje się najefektywniej, cera nie jest tu wyjątkiem. Wówczas kosmetyk działa bardzo intensywnie i najwięcej dobroci skóra może z niego wyciągnąć. Tego typu kosmetyków warto mieć kilka. To skóra wybiera, czego potrzebuje, podobnie jest z maskami. Oprócz skoncentrowanego działania, lubię gdy serum również nawilża, dlatego zimą stawiam na serum olejowe. W mojej kosmetyczce obecnie można znaleźć dwa kosmetyki tego typu: Mincer Pharma VitaCInfusion przeciwstarzeniowe serum olejkowe oraz Norel Renew Extreme Retinol&Vitamin C. Zamierzam zrobić recenzję porównawczą obu produktów, także nie będę się na ich temat rozpisywać :). Ogólnie polecam oba produkty, ponieważ ich działanie jest widoczne. Jeśli jednak jesteście zainteresowani większą ilością informacji na ich temat, koniecznie zaglądajcie na bloga!




6. Krem pod oczy


Rano i wieczorem używam dokładnie tego samego kremu. Wiem, że wiele kobiet ma oddzielny krem na dzień i na noc, ja jednak uważam, że im mniej różnorodności w kosmetykach do twarzy, tym lepiej. Krem Fitomed idealnie sprawdza się zarówno w ciągu dnia, jak i wieczorem. Kolejnego dnia, skóra jest dobrze nawilżona, a sam krem nie powoduje obrzęków. Czego chcieć więcej? 








Dajcie znać czy mieliście do czynienia z tymi kosmetykami!

Do następnego !


Share this post !



Follow

Related posts

3 komentarze

  1. Nie znałam wielu kosmetyków, od zawsze stosuje inne, a że lubię eksperymentować to muszę koniecznie zobaczyć te o których dzisiaj napisałaś w notce. Świetnie piszesz. Zapraszam do mnie, a może akurat coś ci się spodoba i zostaniesz ze mną na dłużej poulciak.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Tych kosmetyków nie miałam, ale od siebie mogę polecić inne serum z witaminą C marki Liqpharm. U mnie spisuje się rewelacyjnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Chętnie zaczerpnę trochę pomysłu od Ciebie i zaplanuje moją pielęgnację :)

    OdpowiedzUsuń